panacea.pl

:: Mam tu zioła wszelakie...
Panacea Nr 3 (28), lipiec - wrzesień 2009, strona: 17


Mam tu zioła wszelakie...

Rozłożył lekarz swe zioła w misach na ławie; drugą ławę dla chorych przygotował, wór z narzędziami opodal położył; sam zaś siedział na dywanie pod kościołem w spokojnym oczekiwaniu na niemocnych. Zrazu minął go rycerz idący z goliardem, nagle powiódł badawczym okiem po tych ziołach, chmurnie ściskał podbródek w dłoni i odezwał się wreszcie: „Maszli, lekarzu, ziele zapomnienia?” W odpowiedzi usłyszał: „Mam tu zioła wszelakie”... To fragment z głośnej przed wojną powieści Żywe kamienie (1918), napisanej przez trochę dziś zapomnianego, wybitnego powieściopisarza Wacława Berenta (*1873 †1940). O tej powieści napisano, że była odpowiedzią na jałowość modernistycznego nihilizmu i kryzys moralny fin de siecle’u. Temu nihilizmowi Berent przeciwstawił poetycką, uduchowioną wizję średniowiecza z jego wiarą w Opatrzność i w naturalny, uzdrawiający ład świata, odzwierciedlony i w duszy człowieka, i w przyrodzie. Nie wiemy, które z ziół polecił rycerzowi lekarz i chyba nie to jest najważniejsze. Ważne, że chmurny człowiek, przeżywający jakieś ciężkie doświadczenia, odnalazł siły w naturze. Dostał od starego lekarza ziele ukojenia, które sny łagodne daje i otuchę na grzechów odpuszczenie w sercu nieci... Ten średniowieczny lekarz znał się na ziołach i zapewne dobrze smutnemu rycerzowi doradził. Nalewkę z ziela pić mu kazał. Współczesny fitoterapeuta powiedziałby, że zaaplikowano rycerzowi ziele kozłka lekarskiego, zwanego walerianą, o właściwościach sedatywnych i ułatwiających zasypianie. Tak pewnie było, bo w czasach średniowiecza kozłek był traktowany niemal jak panaceum – lek na wszystko. Wacław Berent był nie tylko wybitnym literatem, ale i doktorem nauk przyrodniczych, więc wątek zielarski wplótł do swej powieści z dużą znajomością rzeczy. Swoista stylizacja językowa powieści przenosi nas w odległe czasy średniowiecza, gdy zioła wysoko ceniono, dla ich licznych pożytków. Choć żyjemy w XXI wieku, wracamy chętnie do receptur ziołowych średniowiecznych klasztorów. Zalecenia św. Hildegardy odnośnie do dietetyki i ziołolecznictwa są znów szanowane i służą człowiekowi. Sięgamy po „tajne” recepty naszych babć w nadziei, że skoro już kiedyś pomagały, to i teraz mogą się przysłużyć. Potrzebujemy sprawdzonych sposobów radzenia sobie z niedomaganiami organizmu. Skutecznych i zarazem swojskich. Specyfików z ziół znanych i cenionych od pokoleń. Z ziół rosnących tuż obok, „deptanych po drodze”, jak pisze w popularnej książce o ziołach Irena Gumowska. Przeżywamy niewątpliwie renesans ziołolecznictwa. Jestem miastowym ludkiem, wychowałam się w dużym mieście uniwersyteckim, gdzie jest „gotyk na dotyk”. Jednak najpiękniejsze wakacje dzieciństwa spędziłam u dziadków na wsi, o czym pisałam już kiedyś w PANACEI. Te wakacje zadecydowały, że dziś prowadzę sklep zielarsko-medyczny. „Mam tu zioła wszelakie” – powtarzam za starym lekarzem z powieści Berenta. Więc przychodzą do mnie błędni rycerze i strapione niewiasty… Po radę, po wskazówkę, a czasami po prostu po dobre słowo. Jakie zioła im polecam? Jaką filozofię im przekazuję? Zabiegani, gonimy czas i gdybyśmy mogli, najchętniej dokupilibyśmy go sobie. Pędzimy od rana do wieczora, w biegu jedząc, pijąc, szybko żyjąc. W pędzie tak łatwo coś przeoczyć, nie zauważyć. A z organizmu sygnały płyną stale, dyskretnie jak ciche ostrzeżenia. Tradycyjne zioła, te do zaparzania w domu, kojarzą się wielu pacjentom z jakąś „pracą” i „stratą czasu”. Owszem, na zdrowie trzeba zapracować, trzeba poświęcić mu trochę czasu! Trzeba też zrezygnować ze złych nawyków, by za lat 10 czy 20 cieszyć się zdrowiem, siłą, możliwością ruchu. Namawiam nawet swoich najmłodszych pacjentów, którzy przychodzą z rodzicami lub dziadkami, aby uwierzyli w skuteczność ziół. I zdarza się, że także ci młodzi przekonują się do fitoterapii. Ziele bratka, które jest „gorzkie”, przestaje nim być, kiedy pojawiają się pierwsze efekty: wygładzona cera, zanikające wykwity trądzikowe. Po kolejne zioła młody człowiek przychodzi już bez babci. Najbardziej cieszę się z odwiedzin tych pacjentów, którzy już na progu mojej zielarenki zachwycają się naturalnym zapachem roślin leczniczych. Wtedy wiem, że to będzie dłuższa rozmowa... Wielu moich pacjentów stosuje leki ziołowe, bo zna je od dzieciństwa. Bo były w domu „zawsze” i pomagały. Niestrawność, przeziębienie, zaparcie, problemy z zasypianiem, nerwowość – w tych przypadkach zioła czynią szczególnie wiele dobrego. Powtórzę z pełnym przekonaniem to, co napisałam już kiedyś w PANACEI: każdy z nas może – dla własnego dobra – odkurzyć ślady stóp na drodze, którą kroczyła niegdyś św. Hildegarda, Albert Wielki i anonimowy lekarz wyobrażony w powieści Wacława Berendta. Mamy zioła wszelakie…

Magdalena Badocha
- Sklep Zielarsko-Medyczny KAMELKA, Stargard Szczeciński




adres tego artykułu: https://panacea.pl/articles.php?id=2806