panacea.pl

:: Konstantyn Afrykańczyk
Panacea Nr 3 (12), lipiec - wrzesień 2005, strona: 17


KONSTANTYN AFRYKAŃCZYK POCZET WIELKICH
FITOTERAPEUTÓW (12)

Ciekawa postać, choć rzadko cytowana w literaturze. Zwykle nawiązując do przeszłości zaczynamy formułą "już Dioskurides..." lub "wielki Galen pisał, że...", albo "u Hipokratesa...". Na łamach PANACEI pojawia się pierwszy raz. A przecież nazywany był "mistrzem Wschodu i Zachodu" (magister Orientalis et Occidentalis). Ten zaszczytny tytuł zawdzięczał umiejętnemu łączeniu osiągnięć ziołolecznictwa europejskiego, arabskiego, azjatyckiego i afrykańskiego. Było to w jego przypadku o tyle ułatwione, że Constantinus Africanus z Kartaginy (zm. 1106) był nie tylko zakonnikiem i medykiem, lecz także namiętnym podróżnikiem (dziś lekarze podróżują po internecie i czerpią wiedzę z kompilowanych tekstów, zamiast badać rzecz z natury). Jego podróże były bardzo pożyteczne (podróże kształcą...), bo bardzo był ciekaw świata, natury i tego, jak z pożytkiem dla człowieka można wykorzystać jej dary. W Indiach, w Mezopotamii czy w Egipcie prowadził badania nad tamtejszymi roślinami leczniczymi. Podobno uzyskał tak szeroką i użyteczną w leczeniu wiedzę, że po powrocie do rodzinnej Kartaginy został uznany za czarownika, który ma konszachty z diabłem! Rozczarowany ciemnotą rodaków (nikt nie jest prorokiem między swymi...), udał się do Italii, do słynnej szkoły lekarskiej w Salerno, gdzie przyjęto go dobrze jako znawcę nie tylko medycyny, ale także różnych języków i kultur. W Salerno uczono nie tylko po grecku i łacinie, także po arabsku i hebrajsku. Benedyktyni stworzyli tu prawdziwą akademię medyczną o światowej renomie, nazywaną już w czasach Afrykańczyka Collegium Hipokratesa. Uważa się, że Africanus wywarł w swoim czasie największy wpływ na rozwój tej szkoły, która doceniła jego "czary". Szkoła istniała całe wieki, zlikwidował ją dopiero barbarzyńca Napoleon, którego my, Polacy, bezkrytycznie podziwiamy... Africanus pogłębiał swą wiedzę medyczną w klasztorze benedyktynów na Monte Cassino, który nasi alianci w maju 1944 r. zrównali z ziemią, co było wyjątkowo głupie, a z militarnego punktu widzenia zupełnie niepotrzebne. Ba, ułatwiło Niemcom obronę szczytu... Dla Africanusa Monte Cassino było domem. Pracował tu ciężko (po benedyktyńsku), tłumacząc dzieła medyczne z arabskiego na języki klasyczne i prowadząc własne badania. Spośród klasyków sztuki medycznej cenił szczególnie Galena, u którego mocno się zapożyczył, co wszakże nie było w tamtych czasach grzechem ani plagiatem, bo nie było jeszcze encyklopedii ani leksykonów i sztuka polegała na tym, by do swej wiedzy, zdobytej na drodze obserwacji natury, umiejętnie dodawać osiągnięcia wybitnych poprzedników ("Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść..."). Korzystał nie tylko z Galena, także z innych autorów. Zebrał dostępną sobie wiedzę medyczną i ułożył ją w dzieło "Pantechne". Pan-, czyli "wszech"(wiedza) medyczna. Ach, te niespełnione marzenia o wiedzy doskonałej, o leku doskonałym (panaceum)! Ludzkość istnieje dzięki nieosiągalnym marzeniom, które są źródłem nieustającej energii i optymizmu.

Stanisław Dłużewski




adres tego artykułu: https://panacea.pl/articles.php?id=146