Człowiek i PasjeOd ziół z nad Niemna do farmakognozji

Od ziół z nad Niemna do farmakognozji

ROZMOWY Z PROFESOR HALINĄ STRZELECKĄ – Część 2

Po wojnie ukończyła Pani Profesor studia farmaceutyczne w Warszawie. Co spowodowało, że poświęciła się Pani pracy naukowej w dziedzinie farmakognozji?

Z ziołami zetknęłam się we wczesnym dzieciństwie, bowiem mieszkałam na kresach wschodnich nad Niemnem, którego brzegi, a właściwie nadbrzeża pełne były ziół, rosnących na daleko rozciągających się łąkach. Zioła te zresztą często wisiały na przychaciach, na zagrodach rolników i suszyły się; były piękną dekoracją tych chat. Natomiast w Baranowiczach, gdzie mieszkałam przed wojną, właściciele sąsiedniego domu mieli zorganizowany punkt skupu ziół. Nie wiedziałam wówczas, że odwozili je do Wilna, dopiero po wojnie dowiedziałam się, że tego typu działalność prowadzona była na kresach. Natomiast ja bawiłam się z córką właścicieli skupu i często w ogromnej, przestronnej sieni, w takim korytarzu, patrzyłam na worki pełne suszonych ziół: chabrów, bławatków, kwiatostanu głogu, kocanek piaskowych czy kłączy tataraku. Zapach tych suszonych ziół utkwił mi w pamięci na długo. Później zetknęłam się z takim samym zapachem właśnie w Zakładzie Farmakognozji, gdzie również było bardzo dużo mocno pachnących surowców roślinnych.

Dlaczego właśnie farmakognozja a nie chemia?

Czasem przypadkowe decyzje mają ogromny wpływ na późniejsze życie człowieka. Tak było gdy w 1941 roku, ojciec przeniósł mnie z gimnazjum Haliny Hefnerówny, a mojego brata z gimnazjum Słowackiego do szkoły chemicznej. Jaki był powód? Prosty: szkoła mieściła się w budynku sąsiadującym z naszym mieszkaniem, co miało znaczenie ze względu na nasilające się w tym czasie łapanki, żandarmi zatrzymywali tramwaje i „wygarniali” z nich młodych ludzi. Złapaną młodzież odsyłano bardzo szybko na roboty do Niemiec. Ojciec powiedział nam: w drodze do szkoły na pewno nie będziecie mieli łapanki, bo przejście do drugiego budynku zabiera bardzo mało czasu. Oboje z bratem protestowaliśmy, ponieważ z chemią nie wiązaliśmy zupełnie swojej przyszłości. Ja chciałam studiować w konserwatorium w klasie fortepianu, a brat handel zagraniczny. No, dalekie to było od chemii. Natomiast ojciec był niewzruszony, a my przyjęliśmy jego argumenty, bo rzeczywiście były bardzo istotne. W szkole chemicznej spotkałam naprawdę wspaniałych pedagogów, nie dziwię się dzisiaj temu, bo byli to przeważnie profesorowie i asystenci z wydziału chemii Uniwersytetu Warszawskiego albo z Politechniki Warszawskiej. Między innymi uczyła nas pani doktor Waleria Jańczak, którą potem spotkałam na wydziale farmaceutycznym. Był tam również świetny wykładowca i eksperymentator inż. Antoni Zieliński, po wojnie profesor Politechniki Szczecińskiej. Nauczali tam również inż. Stanisław Mączeński oraz inż. Grębski, z którymi spotkałam się po wojnie na Wydziale Farmaceutycznym bądź w Instytucie Chemii Przemysłowej. Asystentkami na pracowniach chemicznych były: mgr Zukowska, mgr Skonieczna, inż. Czeczerda. Ta ostatnia, żołnierz AK, zginęła w czasie Powstania Warszawskiego. To Oni przekonali mnie, że chemia może być również bardzo interesująca i perspektywiczna. Po 3 latach nauki chemii w szkole chemicznej i po liceum matematyczno-fizycznym, zadanie konkursowe na wydział farmaceutyczny nie było problemem trudnym do pokonania. Tak znalazłam się na wydziale farmaceutycznym. Na studiach przez pierwsze 2 lata była chemia, ale również zaczęła się botanika, a potem farmakognozja. To były dla mnie zupełnie nowe wiadomości, bo ani botaniki, ani biologii nie miałam w swoich poprzednich szkołach. Szkoła chemiczna w czasie okupacji była szkołą zawodową, a liceum matematycznofizyczne również nie miało biologii.
A profesor Jakub Deryng na farmakognozji tak fascynująco i obrazowo mówił o roślinach, o ich niezwykłej niekiedy budowie morfologicznej i anatomicznej, która w istotny sposób była skorelowana z ich funkcjami. To była harmonijna całość. Potrafił tak pięknie o tym mówić, że byłam naprawdę zasłuchana w jego wykłady. Profesor potrafił przekonać nas jak wiele jest jeszcze do odkrycia w roślinach leczniczych. I to właśnie spowodowało, że zainteresowałam się farmakognozją. Najistotniejszy był jednak fakt mojego uczestnictwa w kole naukowym, które powstało przy zakładzie farmakognozji, a które prowadził doktor Bogusław Borkowski, późniejszy profesor farmakognozji w Poznaniu, dyrektor Instytutu Przemysłu Zielarskiego a potem Instytutu Leków. Wówczas uczestnicząc w tym kole naukowym, zdałam sobie sprawę, że mogę połączyć swoje umiejętności i wiedzę z chemii z nowym zainteresowaniem biologią i farmakognozją. Można to było połączyć właśnie w badaniach farmakognostycznych. Uczestnicy koła naukowego brali udział w sprawdzaniu przydatności metod oceny surowców roślinnych opracowywanych dla Farmakopei Polskiej III. Bardzo to nas nobilitowało. Po dobrze zdanym egzaminie z farmakognozji profesor Deryng zaproponował mi asystenturę w zakładzie farmakognozji, w charakterze asystenta bez dyplomu, bo był to okres powojenny i taki brak asystentów, że już po trzecim roku studiów zostałam zatrudniona jako asystent bez dyplomu. Tak więc 1 stycznia 1951 r. rozpoczęłam pracę w Zakładzie Farmakognozji, w którym przepracowałam prawie pięćdziesiąt kilka lat.

Działalność Pani Profesor na macierzystej uczelni jest niezwykle owocna. Czy zrealizowała Pani cele i osiągnęła Pani satysfakcję z ogromnych dokonań?

Na pewno nie mogę powiedzieć, że jestem w pełni zadowolona z osiągnięć mojej pięćdziesięcioletniej pracy zawodowej, bo nie był to okres łatwy, ale czy poprzednie pokolenia miały łatwiej. Myślę, że my nie byliśmy wyjątkiem, jeśli chodzi o trudny czas. Już w początkowym okresie mojej pracy w Zakładzie Farmakognozji wystąpiły istotne zmiany w pojmowaniu farmakognozji jako dyscypliny naukowej, znalazło to odzwierciedlenie zarówno w programach dydaktycznych, jak i badaniach naukowych. Kończył się bowiem okres gromadzenia informacji dotyczących opisu cech morfologicznych czy cech anatomicznych roślin leczniczych, w celu prawidłowego zaszeregowania ich w systemie botanicznym, a także możliwości odróżnienia od zafałszowań czy zamian. Równocześnie nastąpił dynamiczny rozwój metod chemicznych, a zwłaszcza chromatografii, która wykorzystywana była do poszukiwania związków w roślinach leczniczych, czy szerzej: w świecie roślinnym, roślin i substancji, które mogły być używane w lecznictwie. Profesor Deryng, mój szef, uważał, że podstawą prowadzonej identyfikacji, przede wszystkim surowców, powinna być metoda tradycyjna, a więc porównanie cech morfologicznych i anatomicznych, natomiast inni kierownicy zakładów uważali, że trzeba przede wszystkim wykorzystywać metody chemiczne, które są szybsze i łatwiejsze do przeprowadzenia. W związku z tym konflikt narastał, powodował coraz większe rozluźnienie współpracy między katedrami, a często nawet objawy niepotrzebnej wrogości. My asystenci, młodsza generacja farmakognostów, z niepokojem patrzyliśmy na te nieporozumienia, gdyż równocześnie rozpoczął się okres skreślania z farmakopei monografii surowców oraz leków roślinnych. Zdawaliśmy sobie sprawę, że tylko wspólne działanie, bo pracy było bardzo dużo, mogło zahamować ten trend. Powodem wykreśleń z farmakopei był przede wszystkim brak nowoczesnych metod oceny jakości surowców czy leków roślinnych, a także potwierdzenia działania farmakologicznego związku, bądź związków odpowiedzialnych za to działanie. Drugim powodem był brak dewiz na zakup surowców z importu. W czasie przygotowań do trzeciego wydania Farmakopei Polskiej, zwróciłam uwagę na fakt skreślenia semen Sabadillae czyli nasienia kichawca, który był stosowany do produkowania leku przeciw wszawicy – Acetum Sabadillae, ze względu na brak dewiz. Importowano wtedy przede wszystkim leki ratujące życie i tak było zawsze, wobec tego trzeba było poszukać wśród krajowych surowców, takich które mogły by go zastąpić. Było to tym ważniejsze, że równocześnie sygnalizowano rozpowszechnienie wszawicy, która występowała bardzo często w bursach oraz szkołach podstawowych. Rozpoczęłam więc poszukiwanie, tak jak wspomniałam, krajowego surowca o działaniu insektobójczym. Prowadziłam porównawcze badania chemiczne, a także w porozumieniu z Państwowym Zakładem Higieny, badania biologiczne flos Pyrethri czyli kwiatu złocienia dalmatyńskiego. Koszyczki złocienia dalmatyńskiego były znane od wieków jako proszek dalmatyński, stosowany przeciw różnym insektom. Ja badałam wyciąg z flos Pyrethri, a także wyciągi z nasion ostróżek, bo również jako preparat insektobójczy stosowany był wyciąg z nasion jednej z ostróżek – Delphinium Staphisagria. Te badania doprowadziły do opracowania preparatu z ziela ostróżeczki polnej, który pod nazwą Delacet produkowany był wiele lat przez Herbapol Wrocławski. Na podstawie tych badań zostałam autorką wniosku racjonalizatorskiego razem z doktor Wojciakową z PZH, która odpowiadała za badania biologiczne. Poszukiwanie krajowych zamienników było później kontynuowane w zakładzie, natomiast moje badania, bardziej szczegółowe wyciągów z ostróżeczki polnej, były podstawą do nadania mi tytułu doktora farmacji. W katedrze kontynuowano prace nad poszukiwaniem surowców mających zastąpić te deficytowe. Jako przykład można podać badania liści gruszy i gatunków z rodzaju Pyrola – gruszyczka jako surowców, które mogłyby zastąpić deficytowe w kraju, bo coraz rzadziej dostępne surowce jak np. Folium vitis idaea czy pokrewne, zawierające glikozydy fenolowe, które miały działanie silnie dezynfekujące drogi moczowe. Badania dotyczące tych glikozydów, były podstawą nadania tytułu doktora nauk farmaceutycznych mgr Ewie Walewskiej. Tego typu badania prowadzone były również wśród innych roślin, zaś jeśli chodzi o fenolokwasy, to badaliśmy możliwość zastąpienia pąków topoli – liśćmi topoli, bowiem zawierały szereg fenolokwasów o działaniu immunostymulującym. W tym zakresie współpracowaliśmy z profesor Ewą Skopińską. Natomiast przykładem poszukiwania innych mało rozpoznanych związków w znanych roślinach, było badanie saponin w kłączach konwalii, prowadziła je mgr Jadwiga Nartowska, która stwierdziła występowanie bardzo ciekawych związków, wzbogaciło to wyniki badań i wiedzę o tym gatunku, za te właśnie badania otrzymała tytuł doktora farmacji. Tematem pracy doktorskiej mgr Janiny Kamińskiej były flawonoidy obecne w liściach borówki brusznicy. Badanie flawonoidów w zielu konwalii doprowadziło do wykrycia nowych związków oraz usystematyzowania już występujących w tym gatunku, było to podstawą nadania tytułu doktora mgr. Janowi Malinowskiemu. Magister Grażyna Glinkowska prowadziła badania polifenoli w zielu przymiotna kanadyjskiego i za nie otrzymała tytuł doktora. Podobnie za badania polifenoli w zielu serdecznika tytuł doktora uzyskała mgr Katarzyna Miłkowska. Do nowatorskich badań, z zastosowaniem nowoczesnych metod analitycznych, należały badania wierzbówki prowadzone przez mgr Kis. Natomiast badania ziela tymianku i otrzymywanych z niego preparatów prowadziła mgr Bazyłko. Również one uzyskały za te badania tytuły doktora farmacji. Inny zaś charakter miały badania wpływu związków niskocząsteczkowych na biosyntezę lanatozydu C, prowadzone przez dr Kowalskiego. Natomiast przedmiotem mojej rozprawy habilitacyjnej było badanie biosyntezy alkaloidów diterpenowych o działaniu kuraryzującym w warunkach hodowli izolowanych kultur korzeni Delphinium elatum L. w porównaniu z biosyntezą w korzeniach rosnących w warunkach naturalnych.
Drugim tematem wokół którego koncentrowały się prace zakładu i który mógł podnieść rangę leku roślinnego, było opracowanie nowoczesnych metod oceny jakości surowców roślinnych i ustalenie dla nich wysokich wymagań normatywnych. Dotyczyło to bardzo dużej grupy związków takich jak: surowce olejkowe i olejki, glikozydy fenolowe, glikozydy flawonoidowe, glikozydy antranoidowe, glikozydy kardynoidowe, a także gorycze. Trzeba zaznaczyć, że w tych badaniach brały udział wszystkie zakłady farmakognozji, które zajmowały się lekiem roślinnym. Koncentrację na tych tematach ułatwiał znacznie czas przygotowań do kolejnych wydań Farmakopei Polskiej, a więc wydań od IV do VI.

W okresie przygotowań do czwartego wydania, zostałam przez prof. Jakuba Derynga, przewodniczącego podkomisji farmakognostycznej, oddelegowana do prac związanych z nadzorowaniem i opracowaniem monografii. Zaproponowałam, by posiedzenia odbywały się w zakładzie przy ulicy Złotej, a potem przy ulicy Banacha, co wszyscy zainteresowani zaaprobowali, wtedy istotnie nastąpiła bardzo bliska współpraca, zasypanie dawnych podziałów i nieporozumień. Wzajemnie sobie pomagaliśmy, wymienialiśmy się doświadczeniami, również udostępnialiśmy sobie unikalną wówczas aparaturę. Te cykliczne spotkania spowodowały, nie tylko sprawniejsze uzgodnienia tekstów monografii, ale także włączenie się wszystkich zakładów do prac nad podniesieniem poziomu metod oceny i przyspieszenia badań. Nie bez znaczenia był fakt, że w posiedzeniach brał udział przedstawiciel Herbapolu, mgr Zdzisław Wojsap. Herbapol był wtedy monopolistą w produkcji zarówno surowców jak i leków pochodzenia roślinnego. Możliwość negocjacji i uzgadniania z nim pewnych zasad, ułatwiała bardzo przyjęcie wyższych norm jakości surowców roślinnych. Udało się więc uzyskać wyniki, które umożliwiały udokumentowanie, że jakość naszych monografii, a tym samym surowców już produkowanych, odpowiada wymaganiom farmakopei krajów Europy Zachodniej. Zahamowano również trend spadkowy, a nawet zaczęto wprowadzać nowe monografie leków roślinnych do farmakopei. Do podniesienia rangi leku roślinnego przyczyniły się wszystkie ośrodki, które się tymi problemami zajmowały: zakłady farmakognozji w całej Polsce, Instytuty Przemysłu Zielarskiego, a także zakłady Instytutu Leków. Pewien w tym udział mieli też farmakogności zasiadający w Komisji Rejestracji Leków, a także pracujący w utworzonym później Urzędzie Rejestracji.

Odrębnym zagadnieniem było opracowanie receptury, metod identyfikacji i oceny jakości mieszanek ziołowych przewidzianych do umieszczenia w farmakopei, a stało się tak dlatego, że był to okres stanu wojennego, gdy znowu nie było dewiz na sprowadzanie leków importowanych i przede wszystkim kładziono nacisk na leki ratujące życie. W tym czasie ukazywało się na rynku bardzo wiele mieszanek ziołowych, które były w obrocie pozaaptecznym, najczęściej w sklepach spożywczych. Przy czym mieszanki te zawierały dużo składników, często o działaniu przeciwstawnym, bądź takich, które były w ilościach nieodpowiadających współczesnym wymaganiom. Problem ten został zasygnalizowany na jednym z posiedzeń Komisji Rejestracji. Zaproponowałam wówczas, że wspólnie z prof. Bogusławem Borkowskim opracujemy receptury mieszanek, tak aby odpowiadały współczesnym wymaganiom, a zakład farmakognozji w Warszawie, opracuje dla nich wszystkie dalsze wymagania i tak się rzeczywiście stało. Wraz z profesorem Borkowskim opracowaliśmy najczęściej poszukiwane mieszanki, których składy były zgodne z ówczesnymi wymaganiami, a zakład farmakognozji opracował dla nich metody identyfikacji i metody oceny jakości.

W tym miejscu chciałabym bardzo gorąco podziękować swoim współpracownikom, na których pomoc mogłam zawsze liczyć i którzy podczas całej mojej pracy zawodowej zawsze mnie wspierali. Bardzo im dziękuję i jestem szczęśliwa, że mogłam współpracować z tak wspaniałymi ludźmi. Działania wspierające lek roślinny muszą być stale i na różnych poziomach kontynuowane przez Towarzystwa Naukowe, przez komitety, a także przez aktywnych ich przedstawicieli, którzy naprawdę robią wiele, aby pomóc lekowi roślinnemu. Gdy z perspektywy lat oceniam swoją pracę zawodową, dochodzę do przekonania, że nawet w tych trudnych i często zmieniających się warunkach, można było dla leku roślinnego zrobić więcej lub zrobić niektóre rzeczy inaczej. Czy spełniłam swoje marzenia? Te z lat dziecięcych – studia w konserwatorium na pewno nie. Natomiast późniejsze w pewnej części tak, przez ponad pięćdziesiąt lat pracy dydaktycznej, szkolenia przed i podyplomowe, szkolenie kadry, udział w opracowywaniu podręczników, książek, a także współpracę z przemysłem. Z pewnością dużo mojego czasu pochłaniało uczestnictwo w posiedzeniach rad naukowych komitetów, w komisjach działających nie zawsze efektywnie, które bardzo rozpraszały i utrudniały koncentrację na ważniejszych problemach, ale to można ocenić dopiero z perspektywy lat. W tamtym czasie i w tamtych warunkach wydawało się to potrzebne, a niekiedy nawet konieczne.

Autor

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Polecane

Najnowsze

Więcej