panacea.pl

:: Macierzyństwo Światła
Panacea Nr 1 (34), styczeń - marzec 2011, strona: 35
Artykuł dodany przez: admin (2011-01-04 14:57:23)


MACIERZYŃSTWO ŚWIATŁA

Wielkie koła powozu znów poszły w ruch, stukot końskich kopyt zagłuszył głośne bicie serca postawnego, choć lekko ociężałego mężczyzny, którego przenikliwy wzrok wypatrywał pojedynczych cyprysów na wzgórzach Toskanii. Po kilkunastu dniach męczącej podróży z rodzinnych Niderlandów, w roku 1518 znalazł się w wymarzonej Italii. Z Toskanii do Rzymu było już blisko. Wieczne Miasto było jego przeznaczeniem. Jan van Scorel spotka tu Michała Anioła i Rafaela Santi. Jego artystyczne życie i wyobrażenia o sztuce ulegną całkowitej przemianie. To tak, jakby płaskie holenderskie horyzonty nie potrafiły wcześniej ożywić jego temperamentu i wrażliwości, co uczyniła dopiero pełna kolorów, słoneczna Italia. Od tej pory nie myślał już o czerni jak o plamie farby wylanej na płótno. Teraz w jego wyobraźni malarskiej stała się czymś więcej: brakiem światła, brakiem prawdy, niebytem. A światło też już nie będzie jedynie promieniem słońca wpadającym pod odpowiednim kątem. Teraz światło będzie tchnieniem Boga, będzie oświetlało nie tylko skórę, ale i serce, i rozum ludzki, będzie prawdą, lux veritatis. Dojrzałość Jana, jego mądrość i biegłość w sztuce dojrzał papież Hadrian VI, który uczynił go swoim malarzem. Sztuka dla Scorela przestała być li tylko rzemiosłem, stała się filozofią, misją ukazywania miłości Dobrego Boga.

Jednak serce Jana zatęskniło znów za krajem lat dziecinnych, wrócił tam, ogolił głowę na kształt tonsury, został kanonikiem. Zajmował się dalej malarstwem, choć coraz częściej przesiadywał w kościele, nauczając młodych ludzi, z takimi jak jego przenikliwymi oczyma... W czwartek 6 grudnia 1562 r., gdy dzieci otrzymywały wesołe podarki od św. Mikołaja, Jan van Scorel zapadł się w siebie i przestał oddychać. Nazajutrz w mieście Utrecht słońce wzeszło jak co dzień, choć zdawało się, że świat powoli zaczyna wariować. Cztery lata po śmierci Jana jego przyjaciele, owładnięci „nowoczesną” i fascynującą dla nich, choć starą jak świat ideologią ikonoklazmu, „obrazoburstwa” wrogiego wszelkim malarskim wyobrażeniom sacrum, zniszczyli bezpowrotnie wiele dzieł kanonika z Utrechtu.

Dziś, spacerując po berlińskim Kunsthistorisches Museum, możemy odnaleźć niektóre szczęśliwie ocalone obrazy mistrza Jana, dziś rozproszone po różnych muzeach świata, także w prywatnych kolekcjach. Wśród nich jest Madonna z polnym kwiatem. W dłoni Najświętszej Panienki fitoterapeuta dojrzy znajomą roślinę leczniczą, zwaną glistnikiem jaskółczym zielem Chelidonium majus. Stara polska tradycja nawiązuje w tej nazwie do przekonania, że roślina wzrasta wraz z powrotem jaskółek, a zamiera z ich odlotem. Znaczenie Chelidonium w dziejach medycyny obrazują jego liczne prezentacje w zielnikach. Polecał ją także nasz krakowski uczony Szymon Syreński (Syreniusz), podkreślając jej wielorakie działanie: od leczenia wątroby, poprzez odrobaczanie, do leczenia zmian na skórze. To wyjaśnia, dlaczego artysta eksponuje pożyteczną roślinę, dar Boży, w swoim obrazie. Obraz nawiązuje do pięknych Madonn Rafaela Santi – zarówno w stylu, jak i w cieplejszym świetle. Naprowadza nas niezawodnie na malarstwo włoskie. Do tego ten górzysty pejzaż w tle, daleki od równin niderlandzkich. Jakby wspomnienie wielkiej przygody życia artysty. Lekko przymrużone oczy Maryi Panny ukazują bezmiar czułości. Wywołują pragnienie, by się zanurzyć w tej chwili i powtórzyć nieśmiertelne słowa: trwaj chwilo! Mam wrażenie, że zawsze, gdy staramy się powiedzieć drugiej osobie, jak piękne, dobre, zniewalające było to, co nas w owej chwili zachwyciło, mrużymy delikatnie oczy. Przymknięte powieki Maryi wyrażają duchową rozkosz, stan uniesienia, zarazem oddania się Niewidzialnemu. Jak dziwne i dalekie musiało być to idealne wyobrażenie dla ludzi Północy, tak sztywno i twardo stąpających po ziemi. W obrazie Jana mały Chrystus tuli się do Matki z radością, a spojrzenie swe kieruje ku Niebu, ku Ojcu. Stamtąd też bije światło w obrazie, oświetlając ciało Jezusa i twarz Maryi z białą chustą wokół szyi. To światło jest nie tylko ciepłem, ale i atrybutem Ojcowskiej troski o Maryję i Jezusa. Cała reszta formy, poza światłem, zbudowana jest z granatowego atłasu, ciemnej czerwieni, czarnego drzewa. Zabieg ten jest charakterystyczym zestawieniem ciemnej plamy z jasnym tłem. Dzięki temu ciemna plama na pierwszym planie mocno wyodrębnia się w obrazie i tworzy przestrzeń. Matka Boża z Dzieciątkiem staje się jeszcze bliższa nam, oglądającym ten uduchowiony, acz z całą ścisłą wiedzą malarską uczyniony obraz. Spójrz na rękę Maryi, w której trzyma dobroczynny glistnik jaskółcze ziele. Jakże kąt nachylenia i kształt odpowiadają formie drzewa. Budują ten malarski zabieg dwie równoległe osie obrazu, w którego centrum znajdują się dwie kochające się Twarze.

Tymoteusz Andrearczyk
www.tymek.art.pl




adres tego artykułu: http://www.panacea.pl/articles.php?id=3412