panacea.pl

:: Dzieło Marcina z Urzędowa
Panacea Nr 1 (6), styczeń 2004, strony: 30-31
Artykuł dodany przez: admin (2006-10-30 17:43:44)


Napisałem Księgę tę, abym wprost Ojczyźnie mej
powinność przystojną oddał - to co mi Bóg dać
raczył - ludziom narodu polskiego się przysłużył,
a na podziękowanie i wdzięczność zarobił.
Dzieło Marcina z Urzędowa

O Marcinie z Urzędowa niewiele się dowiemy z ogólnodostępnych encyklopedii, a nawet z "Encyklopedii zielarstwa i ziołolecznictwa". Urodził się około 1500 roku, umarł około 1573 w Sandomierzu. Był księdzem (pod koniec życia kanonikiem sandomierskim), przede wszystkim jednak znanym wówczas lekarzem i botanikiem, profesorem Akademii Krakowskiej. Hetman Jan Tarnowski przyjął go na swojego osobistego lekarza.
Pewnie nikt by dziś o Marcinie nie pamiętał, gdyby nie dzieło, które po sobie pozostawił - "Herbarz polski - to jest o przyrodzeniu ziół i drzew rozmaitych, i innych rzeczy do lekarstw należących księgi dwoje" (pisany w latach 1543-53, wydany pośmiertnie w roku 1595), który był nie tylko herbarzem, ale też znakomitym jak na owe czasy poradnikiem lekarskim. Tak oto wypełniła się, na przykładzie Marcina, myśl starożytnego, rzymskiego poety Horacego: "non omnis moriar" (nie wszystek umrę). Człowiek bowiem sam sobie może wystawić za życia "pomnik trwalszy nad spiże", w postaci myśli i dzieł, które pozostawia potomnym. Żyjący w tym samym czasie poeta Jan Kochanowski (1530-1584) również miał tego świadomość: "Jednak mam tę nadzieję, że przedsię za laty nie będą moje czułe noce bez zapłaty". Te "czułe noce" to czas spędzony na lekturze starożytnych mistrzów i na tworzeniu własnych, oryginalnych dzieł, które wprowadziły i Marcina, i Jana - choć w różny sposób - do historii kultury polskiej.
Co do "oryginalności" dzieł, to trzeba przypomnieć, że w okresie renesansu inaczej ją pojmowano niż w naszych czasach. Tłumaczenia i przeróbki dzieł starożytnych nie tylko nie były traktowane jako plagiat (w dzisiejszym rozumieniu tego słowa), ale w oczach czytelnika przydawały autorowi powagi - jako człekowi oczytanemu i światowemu. Najzdolniejsi młodzi Polacy jeździli wtedy na Zachód nie po to, by nielegalnie dorabiać na szorowaniu w knajpach garnków lub sadzeniu kwiatków u ogrodnika, lecz by zdobywać wiedzę na renomowanych akademiach. Unii formalnie nie było, lecz Europejczycy byli duchowo bardziej sobie bliscy niż dziś, ponieważ powoływali się na wspólną tradycję starożytnej filozofii i nowożytnej myśli chrześcijańskiej. Wspólną stolicą był Rzym a wspólnym językiem lingua universalis, czyli łacina. "Kto nie umiał po łacinie, musiał pasać świnie". To znane powiedzonko nie oddaje sposobu myślenia Marcina i jemu współczesnych, ponieważ przy całym szacunku dla tego co wspólne chrześcijańskiej Europie, szanowali oni języki narodowe (określane wówczas jako lingua vulgaris) i często bywało tak, że zaczynali swą twórczość po łacinie, a kończyli w języku matki i ojca. Najskrytszym bowiem pragnieniem każdego twórcy jest to, by być czytanym przez swoich, by być "prorokiem między swemi", co - jak wiadomo - jest najtrudniejsze.
Pisze więc Marcin we wstępie do swego dzieła: "Ja też widząc tak wiele napisanych po łacinie herbariów, po polsku zaś iż nic takiego nie było, z czego by ludzie pomoc brali, zwłaszcza iż nie wszyscy po łacinie umieją, tedy doktora żadnego, a podobno i aptek nie masz - napisałem księgę tę, abym wprost Ojcyźnie mej powinność przystojną oddał, to co mi Bóg dać raczył, tyle ile jest - na pożytek pospolity obrócił, ludziom narodu polskiego się przysłużył, a na podziękowanie i wdzięczność zarobił".
Marcin, jako człek pobożny i głębokiej wiary, pisze, że znajomość ziół i ich "przyrodzenia" oraz pomocy zdrowiu ludzkiemu "nie człowieczego, ale Boskiego rozumu jest wynalezieniem". Tę myśl potwierdza cytatem z Pliniusza Starszego, "czasu swego najzacniejszego między łacińskimi mędrcami filozofa". Nasz zacny doktor wdzięczny jest nie tylko Pliniuszowi. Wymienia wielu filozofów i lekarzy "starych" (starożytnych) i "nowych" (współczesnych mu), bez których jego dzieło nie mogło by powstać: Platona, Arystotelesa, Hipokratesa, Plutarcha, Herodota, Pitagorasa, Teofrasta, Dioskuridesa, Galena, Avicennę, Mesue, Savonarolę, Petrusa de Crescentis i wielu innych. Łącznie "bibliografia" Marcina obejmuje aż 54 autorów, których poznał podczas studiów w Italii.
Marcinowy herbarz zawiera ponad 600 [!]roślin, z opisem ich leczniczych właściwości. Mistrz narzeka na jakość ilustracji (nie miał dobrego rzemieślnika, który dla potrzeb dzieła staranniej by je "wyrzezał"). Dla nas, po kilku stuleciach, są one piękniejsze niż najlepsze współczesne fotografie roślin. W surowej kresce rysunku widać bowiem trud poznawania otaczającego nas świata roślin.
Wśród wielu opisanych roślin odnajdujemy też roślinę prezentowaną w PANACEI - głóg. Już wówczas był on wysoko ceniony: "Cornus jest drzewo twarde, które ma owoc tyli, ile jagody oliwne, które gdy się zawiążą, bywają zielone, potym żółte, a gdy dobrze dojrzeją czerwone, a to jest głóg. Dioscorides pisze, że je też można kwasić jako oliwki. Jagody głogowe biegunki postanowiają, gryzienie w żywocie oddalają. Liście głogowe starte albo sok z nich - świerzby i liszaje spędza i gubi. Liście rany wszelkie przykładając, ściągają a potym goją".
Ze wzruszeniem zamykam dzieło Marcina - egzemplarz I wydania z roku 1595, znajdujący się w księgozbiorze Centrum Fitoterapii w Gdańsku - myśląc o tym, jak zaskakująco aktualne jest ono w swym najgłębszym przesłaniu. Marcin z Urzędowa - Europejczyk, zarazem gorliwy Polak i chrześcijanin - "nie wszystek umarł".

Stanisław Dłużewski




adres tego artykułu: http://www.panacea.pl/articles.php?id=125